ABSOLWENCI

Profesor Barbara Filipowicz

 

Barbara Filipowicz
matura 1962
 
                               Brak porządku chronologicznego...
 
 
Kiedy patrzę hen za siebie, w tamte lata co minęły...
Lat spędzonych w „ogólniaku” było dwadzieścia cztery. Najpierw cztery lata uczniowskie, a po nich trzydzieści nauczycielskich. Niełatwo ogarnąć pamięcią tak długi czas, bo to przecież nie epoka historyczna, do której można podejść bez emocji. To znaczna część życia związanego ze szkołą, która była dla mnie nie tylko miejscem pracy. To lata liczone nie według kalendarza, ale inaczej - od wakacji do wakacji. To niemalże codzienne spotkania z uczniami, dostarczające ciągle nowych wyzwań, wrażeń, wymagające elastyczności, różnorakiej dyspozycyjności. Każdy uczeń, każdy rodzic to wyjątkowe, niepowtarzalne osoby. W szkole nie ma miejsca na sztampę, na powielanie swoich lub cudzych wzorów.
Myśląc o tym, co było, przywołuję w pamięci lekcje zwykłe i lekcje wyjątkowe, uroczystości, imprezy szkolne, powitania oraz pożegnania, konkursy, olimpiady, matury, wycieczki, obozy wędrowne, szczególne rozmowy z uczniami i ich rodzicami, hufiec pracy. Są wspomnienia, które cieszą i niestety takie, które smucą. Nie wszystko udało się doprowadzić do pomyślnego końca.
Wiele różnorakich wyzwań dostarczyły bezpośrednie kontakty z uczniami i ich rodzicami. Poprosiłam kiedyś do szkoły mamę niesfornego wychowanka, Krzyśka. Następnego dnia kolega Krzyśka przyniósł wiadomość: „Mama Krzyśka kazała powiedzieć, że nie przyjdzie, ale Krzysiek już dostał lanie”. Poczułam się bardzo źle. To jednak nie wydarzyło się w liceum, a w szkole podstawowej, na Przeździatce, gdzie rozpoczęłam pracę nauczycielską, gdzie spędziłam cztery piękne lata. Żal było z tej szkoły odchodzić; zwłaszcza, że miałam rozpocząć pracę w liceum, które niedawno ukończyłam, wśród profesorów, których szanowałam i bałam się jednocześnie. W pokoju nauczycielskim, jako uczennica, byłam jeden raz (i to na drżących nogach). Na szczęście do liceum nie przyszłam sama. Razem ze mną przybyła do liceum duża grupa moich uczniów z Przeździatki. Byli dla mnie prawie rodziną. Znaliśmy się od czterech lat, a następne cztery były przed nami. Przez osiem lat nikt inny - poza mną - nie uczył tych uczniów historii. Dla niektórych byłam wychowawczynią przez osiem lat. Tak się złożyło.
Szkoła istnieje po to, by uczyć i wychowywać. Powinna czynić to jak najlepiej, a jednocześnie w miarę atrakcyjnie. Różne imprezy, uroczystości nie powinny przesłaniać tych głównych zadań szkoły. Uczniowie mają prawo do różnych sztubackich wybryków, a nauczyciele powinni być w miarę wyrozumiali i nie powinni robić dramatów z niemieszczących się w normie szkolnych występków. Przede wszystkim powinni pomóc uczniowi osiągnąć jak najwięcej; każdemu na miarę jego możliwości. Winni czuwać nad kulturą bycia.
Uczniowie z dużymi osiągnięciami cieszyli mnie bardzo. Byli to uczestnicy olimpiad, konkursów, posiadający wiedzę wykraczającą poza program szkolny. Wyjątkową sympatią, szacunkiem darzyłam tych, którzy - wbrew własnym różnorodnym słabościom - otrzymywali promocję z klasy do klasy i zdawali maturę. Wiem jak trudno osiągnąć sukces wbrew sobie. Niestety zdarzało się, że ktoś nie przychodził na decydujący egzamin. Te wspomnienia są bardzo smutne.
Podstawową formą kontaktu nauczyciela z uczniami są lekcje. Czasem nawet te zwyczajne dostarczały bardzo zabawnych sytuacji. W roku 1993, podczas lekcji w klasie czwartej „a”, o profilu matematyczno-fizycznym, otworzyły się drzwi, a dziewczęcy głosik oznajmił: „Tomek, przyniosłam ci klucz do domu”. W innej klasie czwartej (bez konkretów), w drzwiach stanęła mama ze swoją pociechą i oznajmiła: „Przyprowadziłam córkę z pobrania krwi”. Wszyscy zaczęli się śmiać, gdyż córka znana była z unikania lekcji. Czegóż to rodzice nie zrobią dla dziecka!
Z lekcji wyjątkowych szczególnie zapamiętałam dwie. Jedna odbyła się w sejmie, a druga w sądzie. W sejmie byłam z klasą czwartą „a”
(matematyczno-fizyczną), w roku 1989, na lekcji wychowania obywatelskiego, dzięki uprzejmości taty Nel, ówczesnego posła, pana Stanisława Dąbrowskiego. Przysłuchiwaliśmy się debacie sejmowej - to normalne... Wydarzeniem wyjątkowym była możliwość zjedzenia obiadu w restauracji sejmowej, tuż obok posłów. W roku 1997 lekcja odbyła się w sądzie. Tata Jędrka, pan sędzia Wojciech Wicherski, zaprosił nas na specjalne wybraną rozprawę. Miała zniechęcić młodzież do siadania za kierownicą samochodu po spożyciu alkoholu. Myślę, że tak się stało. Czterej młodzieńcy, w wieku osiemnastu i dziewiętnastu lat, „pożyczyli” malucha i dopóty szaleli nim po powiecie, dopóki starczyło benzyny. Przy okazji spowodowali rożne szkody. Sędzia pytał o spożywanie alkoholu, a jeden z oskarżonych odpowiedział pytaniem: „Po czterech piwach?” W głosie słychać było wielkie zdziwienie. Chyba Wysoki Sąd obraził oskarżonego. Młodzież zareagowała śmiechem, który trudno było opanować. Miałam pełną satysfakcję; uczniowie liceum są z innej półki.
 
Sprawdzanie klasówek to praca żmudna i na ogół monotonna; chyba, że ktoś napisze pracę wierszem. Taką formę nadał swej pracy o Bolesławie Chrobrym Rysiek Włodawiec, w roku 1972. To była jedyna taka praca.
Tomek i Wojtek (miny wyjątkowych niewiniątek), w latach 1989-1990, spodziewane prace pisali w domu ołówkiem. Na lekcji przepisywali długopisem, a ołówek wycierali gumką. Jednak tę wiedzę zdobyłam, gdy Wojtka i Tomka już nie było w szkole. W roku 1995, Robert Gutkowski, z klasy czwartej „a” (matematyczno-fizycznej), gdy zbieraliśmy powiedzenia na temat pracy, wyrecytował z wielką powagą: „Ucz się i pracuj, baw się i śmiej i zawsze czyste serduszko miej”. Zabrzmiało to niezwykle komicznie w ustach dziewiętnastoletniego mężczyzny. Tematu o roli pracy w życiu człowieka nie dało się zrealizować.
 
Najciekawsze były wycieczki. Częste były wyjazdy do Warszawy, innych miast polskich, za granicę. W pewnym momencie trzeba było ustalić limit wycieczek: dwie jednodniowe i jedna dłuższa. Do dziś brzmi w moich uszach „Bieszczadzkie reagge”, śpiewane oczywiście w Bieszczadach, w roku 1983. Czy klasa matematyczno-fizyczna pamięta? A czy ta sama klasa zachowała w pamięci nocleg w Kazimierzu Dolnym? Podczas nocnego obchodu zdenerwowałam się bardzo, gdy w sali, w której powinna spać cała grupa, nie zastałam nikogo. Salę zamknęłam, a klucz wzięłam ze sobą. Wycieczka, jak się potem okazało, urządziła sobie noc nad Wisłą. Wszyscy wiedzą, iż księżyc nad Kazimierzem jest piękny. Po powrocie okazało się, że nikt nie ma klucza. Trzeba było w końcu zapukać do moich drzwi.
Wyjątkową wartę pełniłam z profesor Jurkiewicz (chyba w roku 1997). Wracaliśmy z wypadu do Wiednia. Nocleg był na Słowacji. Wszyscy byli bardzo głodni. Potrzebny był chleb. W Bratysławie nie udało się go kupić. Wyprosiłyśmy go w jakiejś niewielkiej piekarni. Jednak chleb był prosto z pieca i nie sposób było wziąć go w ręce. Z profesor Jurkiewicz stanęłyśmy przed wyborem: skazać młodzież na śmierć głodową czy pozwolić na skręt kiszek? Wybrałyśmy śmierć głodową, jako że jest mniej bolesna. Była więc warta przy gorącym chlebie. Na szczęście wszyscy przeżyli.
Podczas tej samej wycieczki, na widok tonącego w różach Schönbrunnu, Agnieszka Małyszka szepnęła: „O Boże, jak tu cudnie”. Rzeczywiście było wyjątkowo pięknie.
W roku 1998, byłam z klasą czwartą „f” w Kozłówce i w Kazimierzu. Była to jedyna wycieczka tej klasy; wyjazd jednodniowy, ale bardzo piękny i wesoły. Okazało się, że chłopcy z tej klasy są kibicami piłki nożnej. Sportowe piosenki, okrzyki i hasła wypełniły czas drogi powrotnej. Skąd oni to znali? Byłam zdziwiona.
Po latach dowiedziałam się, że uczestników wycieczki zachęcałam do oglądania krajobrazów i zabytków powiedzeniem: „Wycieczka nie śpi, wycieczka zwiedza”. Pewnie tak było. Jednak w pewnym momencie wycieczka musiała pospać (na ogół w nocy nie było na to czasu).
W roku 1972 byłam z grupą młodzieży w hufcu pracy. Pomagaliśmy przy żniwach w PGR Szczypkowice. Było wyjątkowo wesoło. Uczestnicy hufca byli naprawdę ochotnikami. Pamiętam walkę z niezliczoną ilością much oraz olbrzymie kanapki, zjadane w dużych ilościach na polu, przy stertach słomy. Tubylcy mówili, iż w dzień wypłaty, tylko hufiec był trzeźwy (nie mam wątpliwości).
 
Matury to zawsze wielkie przeżycie dla uczniów i nauczycieli. Trzeba zmierzyć się z różnymi emocjami, zarządzeniami i zrządzeniem losu. W roku 1987 niektórzy abiturienci było dowożeni na egzaminy ustne ze szpitala. Po ogłoszeniu wyniku egzaminów pisemnych, na boisku szkolnym, zabawili się w pirotechników. Efektów „zabawy” nie udało się ukryć; nieodzowna była hospitalizacja.
W roku 1972, jeśli maturzysta wychodził z matury pisemnej do toalety, aż do drzwi musiał mu towarzyszyć nauczyciel, ponieważ należało uniemożliwić kontakt z niedozwolonymi „pomocami naukowymi”. Wyjścia z dziewczętami były dla mnie do zaakceptowania. Jednak towarzyszenie młodemu mężczyźnie było żenujące. Już samo wychodzenie z sali egzaminacyjnej budziło powszechną wesołość. Zarządzenie szybko cofnięto.
W roku 1998, z klasy czwartej „a” (matematyczno-fizycznej) najwięcej uczniów zdawało historię. Prac do sprawdzenia miałam dużo, około stu. Na szczęście były to wypowiedzi ciekawe, napisane czytelnie, a nie odtwórcze. Niektórych prac maturalnych nie da się zapomnieć. Szczególnie rewelacyjne były prace Marcina Składanowskiego (matura 1998) i Przemka Wierzbickiego (matura 1997).
Pamiętam także swoja maturę. dziewczęta ubrane w białe bluzki i granatowe, plisowane spódnice, a na rękawach tarcze; włosy naturalne, całkowity brak makijażu. Tomek Wasilczuk rozbawił naprawdę sroga komisję maturalną stwierdzeniem, że płeć może być męska. żeńska i nijaka. A mnie udało się zdać egzamin z matematyki, chociaż pomyliłam posęp geometryczny z arytmetycznym.
Przed matura były studniówki. Dawały pole do popisu uczniom i nauczycielom. Uczniowie odkrywali talenty plastyczne, literackie, wokalne, taneczne. Poza dekoracją, polonezem była część artystyczna. To ona była wizytówką przyszłych maturzystów.
W roku 1982, klasa czwarta „b” (humanistyczna) przygotowała program „Szkoła rzymska”. Prezentacje poszczególnych lekcji w stylu epoki były doskonałą okazją do przedstawienia wad, śmieszności swoich nauczycieli. Autorkami tekstów były Ewa Olszewska i Ula Domańska.
W roku 1990, rozbawiły wszystkich do łez cudnej urody primabaleriny. W łabędzie przeistoczyli się: Paweł Trębicki, Tomek Jezuit i Wojtek Jezuit. Na pointach (trampki made in ZSRR) wykonywali piękne piruety, nie zważając na opadające tiulowe spódniczki.
Wśród dekoracji znajdowały się wtedy portrety nauczycieli, z odpowiednimi, dowcipnymi podpisami; wszystko autorstwa Mariusza Szymańskiego.
 
Uroczystości, imprez było w szkole dużo. Powtarzały się, czasem dochodziły nowe. Gdy 21 marca młodzież zaczęła uciekać ze szkoły, wprowadzono Dzień Wiosny. Były tez choinki, wieczorki zapoznawcze, otrzęsiny. Był Dzień Patronki, dzień Kobiet, Dzień Mężczyzn, a potem Dzień Obojga Płci, wybory do Samorządu szkolnego i różne plebiscyty.
W roku 1986, z okazji Dnia Kobiet, chłopcy zrobili pokaz mody damskiej. Adam Flisiuk usiłował utrzymać równowagę na szpilkach (skąd taki rozmiar?), Andrzej Pieńkowski zaprezentował strój nocny z kagankiem, Grzegorz Jurkiewicz wcieli się w uroczą gejszę, a Jarek Chormański (około stu dziewięćdziesięciu metra wzrostu) włożył strój panny młodej z welonem. Wszedł na salę z panem młodym, którego niósł na rękach. Wszyscy płakali ze śmiechu.
W roku 1994, Tomek Kuzak i Jacek Filipowicz, z okazji pierwszego Dnia Wiosny, stali się braćmi syjamskimi (prywatnie są braćmi ciotecznymi). Mieli jedne, specjalnie uszyte spodnie, a na głowach jednakowe pilotki. „Złączeni” byli tyłem. Każdy ich krok wzbudzał śmiech. Najbezpieczniejsze były kroki w bok.
Oj, nawet w szkole bywało wesoło.
 
Z różnych okazji były życzenia, podziękowania. Czasem oficjalne, częściej naprawdę serdeczne. Szczególnie pamiętam duże naręcza kwiatów, po rozdaniu świadectw maturalnych, w roku 1986. Nie mogę zapomnieć kosza z trzydziestoma trzema różami, zza których spoglądał Marcin Składanowski. Róże były od „mojej”, żegnającej się ze szkołą (w roku 1998) klasą czwartą „b”. Witek Sobolewski, chyba w roku 1981, z trudem przydźwigał wielką reprodukcję. Cóż, Witek był w klasie jedynakiem, a dziewczyny próbowały wykorzystywać go w różny sposób. Może Witek walczył o równouprawnienie?
Szczególna uroczystość to wręczanie świadectw dojrzałości. Przychodzili do szkoły zupełnie nowi ludzie - uśmiechnięci, odprężeni, pełni optymizmu, a przede wszystkim naprawdę dorośli. Wierzyli, że oto otwiera się przed nimi furtka do nowego życia, na pewno dobrego i szczęśliwego. Każdego roku lubię patrzeć na ten piękny obrazek. Zawsze myślę: niech im się uda!
Przed nastaniem wyjątkowo długich wakacji, musieli   dostać się na studia. Czekały egzaminy wstępne. A potem radość - gdy się powiodło, smutek - gdy nie poszło dobrze. Niektórzy rozpoczynali pracę zawodową, niektórzy zakładali rodziny.
Cieszyłam się szczególnie wtedy, gdy swoje młodzieńcze marzenia zaczynali realizować moi wychowankowie oraz ci, którym do spełnienia życiowych planów potrzebna była historia, a więc przyszli prawnicy, historycy, archeolodzy, znawcy stosunków międzynarodowych. Dzięki nim liceum z Sokołowa przestawało być zwykłą, prowincjonalną szkołą.
 
Odejście absolwentów ze szkoły nie oznaczało końca kontaktów. Cieszę się bardzo, gdy znajdują czas na rozmowę, gdy jeszcze potrzebują mojego wsparcia, dostarczają różnych dowodów pamięci, sympatii. Przysyłają życzenia i pozdrowienia, zapraszają na śluby, a nawet uroczystości prymicyjne. Przychodzą do domu z kwiatami przywożonymi niekiedy aż z Warszawy.
Na rozmowy szczególnie dużo czasu mają rodzice i babcie. Chętnie chwalą się osiągnięciami swoich pociech, a ja słucham z przyjemnością. Szkoda, że nie dla wszystkich los jest łaskawy. Absolwentów spotykam w różnych instytucjach. Zawsze są bardzo życzliwi, pomocni, gdy trzeba poprawić zdrowie czy w urzędzie.
Cieszę się, że pracowałam z tą młodzieżą i w tej szkole.
Pewnego dnia poszłam z moim synem do gabinetu stomatologicznego. Pan doktor, oczywiście absolwent liceum, powiedział: „A to ten syn, po urodzeniu którego poszła pani na urlop macierzyński i przestała nas uczyć. Pamiętam, pamiętam te ćwiczenia z datami - uporządkuję chronologicznie.... Nie lubiliśmy tego”. Dziś i ja to rozumiem.
 
Czy tak było naprawdę? Pewnie tak, ale może inaczej. Wspomnienie jest poetą, nie czyń z niego historyka, powiedział ktoś - oczywiście mądry.
 
 
Sokołów, marzec MMVIII
BIP RSS
 
CMS Toruń