ABSOLWENCI

Profesor Henryk Wiśniewolski

 
 
Urodziłem się 20 czerwca 1920 roku, we wsi Poświętne koło Łap, w powiecie Wysokie Mazowieckie. Uczyłem się w szkole podstawowej w Poświętnem, od roku 1927 do 1934. Do gimnazjum księży salezjanów chodziłem w Jaciążku, niedaleko Makowa Mazowieckiego. Potem było liceum w Różanymstoku blisko Grodna. Od 1945 do 1949 studiowałem w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku, najpierw na wydziale humanistycznym, a potem na matematycznym. Pracując, podjąłem studia eksternistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, na wydziale pedagogicznym, od roku 1957 do 1962. Od 1944 do 1945 uczyłem w szkole podstawowej w Poświętnem matematyki, potem pracowałem w szkole w Suwałkach. W liceum sokołowskim uczyłem matematyki i logiki od roku 1950 do 1980. Byłem też instruktorem, metodykiem, kształciłem nauczycieli matematyki. Chciałem przekazać nauczycielom jak najwięcej informacji, dlatego podjąłem studia eksternistyczne drugiego stopnia na Uniwersytecie Warszawskim. Bardzo dobrze zdałem egzamin z logiki. Mój profesor zaproponował mi, bym pisał pracę u niego. Jednak powiedziałem, że skoro nauczam i douczam nauczycieli, podejmę się pracy z dziedziny dydaktyki. Napisałem pracę zatytułowaną „Problemowe nauczanie matematyki w zespołach uczniowskich a rozwój samodzielnego myślenia i trwałość wiedzy uczniów''. Ta praca była bardzo ciekawa, bo miałem w swoim liceum dwie klasy eksperymentalne - X A i X B, a w Węgrowie i w Siedlcach miałem klasy kontrolne. Następnie zaproponowano mi pracę na Uniwersytecie Warszawskim, ale nie podjąłem jej ze względu na rodzinę. Nie było takich warunków materialnych, żebym wynajął mieszkanie w Warszawie. Dla mnie zawsze najważniejsza była rodzina.
Każdy powinien stawiać rodzinę na pierwszym miejscu. Teraz każdy odkłada małżeństwo, bo praca jest najważniejsza i szkoda czasu. Dlatego jest mały przyrost naturalny i grozi nam wymieranie. Moja praca tu, w wolontariacie, jest właśnie podjęta pod tym kątem, by umacniać rodziny.
 
Czy zawód nauczyciela był przez Pana wymarzony?
 
Ależ kochana, tak. To taki zawód, że gdybym jeszcze raz miał podejmować decyzję, to jeszcze raz powtórzyłbym decyzję. Już jako chłopiec chciałem być nauczycielem. W zasadzie jestem humanistą, a matematykę wybrałem ze względu na logikę. Zawsze uczniom powtarzałem: Matematykę zapomnicie, ale logika zawsze wam się przyda, bez względu na to, co będziecie robić. Zawsze prowadziłem kółka matematyczne i pedagogizację rodziców, kiedy byłem wychowawcą. A to jest bardzo ważne - współpraca domu ze szkołą. Gdy obejmowałem wychowawstwo, musiałem zapoznać się z warunkami życia mojego wychowanka. Rodzice musieli mi się pokazać. Patrzyłem, jakie są warunki ucznia w domu lub na stancji. Wpierw tak bywało, że mamy same przyjeżdżały na wywiadówkę. Wtedy pytałem: A dlaczego tato nie przyjechał? Proszę, żeby na następną wywiadówkę i tato przyjechał. Iocowie przyjeżdżali i byli zadowoleni, bo żony już wszystkiego same nie mogły organizować, ale wspólnie.
 
Jak Pan ocenia dzisiejszą maturę?
 
Dzisiejsza matura? Te reformy dzisiejsze, to w ogóle mi się nie podobają. Liceum powinno być czteroletnie.
 
Jak Pan wspomina pielgrzymki na Jasną Górę?
 
Pielgrzymki na Jasną Górę wspominam wspaniale. Kochana... Na skrzydłach się szło! Zacząłem pielgrzymowanie w 1982 roku. Szedłem z pielgrzymką warszawską cztery razy, później też cztery razy z siedlecką i dziewięć razy z drohiczyńską. Na ostatniej mojej pielgrzymce głosiłem konferencję. Było to w roku w 2002. W minionym roku również byłem gotowy iść na pielgrzymkę, ale stan zdrowia żony na to nie pozwalał. W tym roku mam takie marzenie, żeby jeszcze pójść. Z łaski Pana wszyscy żyjemy, ale gdybym nie poszedł, przygotuję konferencję i dam księdzu Wiesławowi Niemyjskiemu, by odczytał.
 
Czym się Pan zajmuje w wolnym czasie?
 
Dużo czytam, piszę (zajmuję się etyką, bo obecnie jest jej brak). Napisałem siedem przesłań teoretycznych, a w przygotowaniu jest siedem praktycznych. Znam bardzo dobrze łacinę i zapomniałem dodać, że sześć lat uczyłem łaciny w szkole medycznej w Sokołowie Podlaskim.
 
Czy zechciałby się Pan podzielić wspomnieniami z młodości, wojny?
 
Młodość? Cóż mogę powiedzieć... Gdy miałem miesiąc, wybuchł pożar i spaliły się budynki gospodarcze. Tatuś, ratując dobytek, przeziębił się, dostał zapalenia płuc. Zmarł. Nas było pięcioro rodzeństwa: czterech braci i siostra. Byłem najmłodszy. Mimo sieroctwa, dzieciństwo miałem piękne. Rodzice byli bardzo religijni. Mamusia mówiła: Pan Bóg ma więcej, niż rozdał. Zawsze rano wstawała, gotowała i śpiewała godzinki. Stąd ja z żoną codziennie, przy Radiu Maryja, śpiewam.
Gdy miałem sześć lat, chciałem iść do szkoły, ale mnie nie przyjęli. Pamiętam, że płakałem. W pierwszej klasie zdobyłem nagrodę - tornister, a w ciągu roku wychowawczyni dostarczała mi książki do czytania. W szkole czułem się dobrze, występowałem podczas akademii szkolnych, deklamowałem wiersze. Brałem udział w różnych imprezach. W zasadzie powinienem pójść po szóstej klasie do gimnazjum, ale nie było warunków. Rok po ukończeniu szkoły podstawowej byłem w domu. Dopiero w 1935 roku dostałem się do gimnazjum. Było to gimnazjum salezjańskie. Przyjęto mnie do klasy drugiej gimnazjum, z warunkiem, iż uzupełnię łacinę i niemiecki. Na koniec roku z obu tych przedmiotów miałem czwórki. Małą maturę trzeba było zdawać w Warszawie, w gimnazjum państwowym. Było to gimnazjum Lelewela, na ulicy Złotej. Zdawałem pisemny i ustny egzamin ze wszystkich przedmiotów. Jako jedyna osoba zdałem egzamin z łaciny na ocenę bardzo dobrą.
Tu mała dygresja: gdy byłem w czwartej klasie gimnazjum, szkoła organizowała pielgrzymkę na Jasną Górę. Z klasy czwartej tylko ja wyruszyłem. Byłem wtedy pierwszy raz na Jasnej Górze. Matka Boża pobłogosławiła życiu. Ze szkołą chodziliśmy do Grodna na defilady, na 3 maja i 11 listopada. Grodno jest pięknym miastem. Moim marzeniem była pielgrzymka do Ostrej Bramy. Pielgrzymowałem tam pieszo w roku 1995. Szedłem z Suwałk, z pielgrzymką ogólnopolską, w lipcu. To było moje marzenie, które się spełniło. Tamtejsza Polonia przyjmowała nas wspaniale, rzucano kwiaty na drogę. Śpiewano pieśni. Miałem medalik Matki Bożej, teraz noszę medalik księdza Popiełuszki.
Gdy wybuchła wojna, byłem w Białymstoku, w pierwszej klasie liceum. Cały okres wojny, od wybuchu do 1945 roku, byłem na wsi, u rodziny. Przez całą okupację. Razem z siostrą i bratem. Jeden brat był w służbie wojskowej, był w niewoli, wrócił w 1945. Starałem się wykorzystać czas. Dużo czytałem. Nauki nie było. Gdy po 17 września Sowieci przyszli do Polski, było wielu krasnoarmiejców, ale byli to ludzie życzliwi, szczerzy. Rozmawiałem z nimi. Obawiali się frontu. Poszli potem na do Finlandii. Jeden z żołnierzy płakał z powodu pozostawionej żony.
Zima 1939 roku była dość mroźna. Dostałem nakaz, by w Supraślu ścinać drzewa. Brano ludzi na roboty. Rok byłem sołtysem w swojej wsi, ponieważ znałem niemiecki. To pomogło wsi. Nakazywano kontyngent. Starałem się, by wieś nic nie dostarczyła. Sytuacja groźna. Mogła zakończyć się śmiercią. Udało się, współmieszkańcy byli zadowoleni.
W 1944 roku już organizowano szkoły. Kierownik szkoły posłał mnie, bym uczył w szkole matematyki. Kierownik był moim nauczycielem. Byłem bardzo zadowolony, młodzież też. Ale w Łapach zorganizowano liceum. Przed wojną nie było tam tego typu szkoły. Wtedy zorientowałem się, że mogę zdać maturę. Po sześcioletniej przerwie uczęszczałem do drugiej klasy liceum. Interesował mnie profil matematyczno-fizyczny. Zdałem maturę w roku 1945. Pomagałem kolegom. Dyrektor liceum zwrócił się do absolwentów. Powiedział, że w Gdańsku można podjąć naukę. Pojechałem zorientować się. Do dziś nie mogę sobie uzmysłowić czy to możliwe - jechałem na dachu pociągu z Warszawy do Gdańska. Tak trzeba było.
Szczęśliwie dostałem się na studia. Wydział był humanistyczny. Na pierwszym roku było dużo pedagogiki. Był też wydział matematyczny. Zapisałem się na humanistyczny, mimo matematycznej matury. Potem okazało się, że języki, których chciałem uczyć się, były na każdym wydziale - francuski i angielski. Po pierwszym semestrze zrezygnowałem z wydziału humanistycznego. Miałem później też te dwa języki. Po roku utworzona została Wyższa Szkoła Pedagogiczna. Prawie każdego wieczora były potańcówki. Odrabialiśmy w ten sposób sześć lat okupacji.
Pracę dyplomową napisałem na temat „Pojęcie liczby w jej rozwoju historycznym i w nauczaniu w szkole”. Proponowano mi asystenturę z fizyki. Podziękowałem, bo chciałem nauczać, być z młodzieżą. Poznałem wtedy żonę, była na wydziale biologicznym. Żona była z Przemyśla.
Oboje uczyliśmy w Sokołowie. W liceum pracowało mi się bardzo dobrze. Często otrzymywałem nagrody. Do partii nie należałem, żona też nie. Proponowano mi. Ale powiedziałem: jestem wierzący, praktykujący - jak to pogodzić z działalnością w partii? Więcej nie proponowano. Należeliśmy do kuratorium warszawskiego. Zawsze dużo młodzieży dostawało się na studia. Tolerowano nasze zapatrywania. Gdy przeszedłem na emeryturę w roku 1980 roku, pierwszy raz poszedłem na pielgrzymkę. Na Dzień Nauczyciela przyszedł inspektor szkoły, mój były uczeń. Rada Państwa przyznała mi Krzyż Kawalerski. Podziękowałem za fatygę, ale nie chciałem przyjąć krzyża. Odmowę uzasadniłem pobytem na emeryturze. Przyjąłbym odznaczenie jako nauczyciel pracujący, ale nie jako emeryt. Był wtedy stan wojenny. Było trochę pogróżek z tego powodu. Byłem bezpartyjny. Chciano mnie skaptować do WRON-u, do PRON-u. W roku 2000 otrzymałem Krzyż Kawalerski. Zostałem radnym.
 
Najstarszy syn skoczył 60 lat, młodszy 59, a najmłodszy 55. Wszyscy skończyli studia. Marian skończył wydział elektroniki na Politechnice Warszawskiej. Jest inżynierem elektronikiem. Młodszy studiował na SGGW, na Wydziale Rolnym. Zaczął pracę w Instytucie Rybactwa. Napisał doktorat z biologii. Wydał wiele książek, habilitował się. Teraz prowadzi swoich doktorantów. Dużo jeździ po Polsce. Ma kontakty z zagranicą. Mam wnuki. Maciej podjął studia na dwóch kierunkach - na SGH i matematykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracuje w banku i na uniwersytecie. Wszyscy są bardzo pracowici. Najmłodsza wnuczka pisze pracę magisterską. Najmłodszy syn Józef był pediatrą w Sokołowie. Był ordynatorem na wydziale noworodków w szpitalu sokołowskim. Teraz jest ordynatorem w szpitalu w Siedlcach.     
 
Zapraszam młodzież do siebie, w środy, do starostwa. Chętnie z wszystkimi porozmawiam. Zawsze korzystam z zaproszeń i odwiedzam liceum.  

 

Z Profesorem Henrykiem Wiśniewolskim rozmawiały uczennice klasy II C - Beata Kołek i Magda Sobolewska;

15 czerwca 2010 roku

BIP RSS
 
CMS Toruń