ABSOLWENCI

Wspomnienie Jana Izdebskiego

 

Jan Izdebski
matura 1954
 
 
                                 “Non scholae, sed vitae discimus”
 
 
Mimo iż od uzyskania świadectwa dojrzałości minęły pięćdziesiąt cztery lata, okres spędzony w Liceum Ogólnokształcącym w Sokołowie wspominam z wielkim sentymentem. Mam również świadomość tego, jak bardzo nauka w szkole wpłynęła na moje przyszłe zainteresowania.
 
Przygotowanie z dziedziny chemii - kierunku moich studiów na Uniwersytecie Warszawskim - zawdzięczam Profesorowi Wążowi. Egzamin wstępny zdawałem z matematyki i fizyki. Wysiłek Profesorów Wiśniewolskiego i Rybaka nie poszedł na marne, gdyż egzaminy zdałem bez trudu, a później zupełnie dobrze radziłem sobie na studiach z tymi przedmiotami. Można wspomnieć, że dopiero dwa dni przed egzaminem, już w Warszawie, dowiedziałem się, iż będę zdawać egzamin wstępny z fizyki. W starym programie, dostępnym w szkole, przewidziany był egzamin z chemii, a nie fizyki. Mogę więc powiedzieć, że szkoła nie tylko pozwoliła mi opanować program, ale przygotowała do życia i jego niespodzianek. Doświadczyłem tego później wielokrotnie. W roku 1972 byłem na stażu naukowym na Uniwersytecie imienia Łomonosowa w Moskwie. Po kilkudniowym pobycie, potrzebnym na dokształcenie w posługiwaniu się językiem gospodarzy, wygłosiłem referat o własnych badaniach naukowych po rosyjsku. To niemała zasługa Profesor Wojtkowskiej, jej umiejętności dydaktycznych, intensywnej pracy z uczniami.
W czasie pobytu na Uniwersytecie w Cleveland (USA), pracowałem w laboratorium kierowanym przez profesora, który urodził się i wychował na Węgrzech. Gdy podczas dyskusji z udziałem jego doktorantów, pracowników, wykazałem się znajomością pewnej sentencji łacińskiej, profesor popatrzył na mnie z uznaniem i powiedział do zebranych: „Widzicie to jest kulturalny Europejczyk”. Nigdy przedtem nie przyszło mi do głowy, skądinąd oczywiste stwierdzenie, że poza tym, iż jestem Polakiem, istnieje potrzeba określenia siebie jako Europejczyka. W tych czasach, o ludziach z Polski mówiło się za granicą jako o osobach zza żelaznej kurtyny. Na mapie, jaką pokazano mi w pewnej rodzinie amerykańskiej, z którą się zaprzyjaźniłem, Europa kończyła się mniej więcej w połowie Polski; Warszawy nie było. Amerykanie byli zawiedzeni, gdy powiedziałem, iż to nie jest mapa Europy, a jedynie jej części zachodniej. Tu trzeba wspomnieć Profesora Plewnickiego, który przez cztery lata próbował zapoznać nas z językiem, z którego roli w kształtowaniu cywilizacji europejskiej nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy.
W pierwszych latach mojej pracy naukowej na Uniwersytecie Warszawskim, zajmowałem się syntezą organiczną. Na podstawie prac z tej dziedziny uzyskałem stopień doktora nauk matematyczno-fizycznych. W kolejnych latach, w trakcie pobytów w Stanach Zjednoczonych, moje zainteresowania skierowały się w stronę problemów związanych z przyrodą ożywioną. Powstawały prace na temat budowy chemicznej nowego antybiotyku, syntezy hormonów występujących w organizmach ssaków (konia, lisa srebrnego, lisa polarnego, żubra). Wiele moich prac dotyczyło hormonów regulujących funkcje fizjologiczne człowieka, potencjalnych leków wpływających między innymi na wzrost, gojenie ran, zrastanie kości, regulujących intensywność bólu. Zainteresowania naukowe w tym kierunku spowodowały, iż PWN zaproponowało mi opracowanie szeregu haseł do trzydziestojednotomowej „Wielkiej encyklopedii”. Moje nazwisko jako autora haseł znajduje się w ostatnim tomie wydania, w dwóch działach: „Matematyka, informatyka, fizyka, chemia, astronomia, nauki o Ziemi, technika” oraz „Nauki biologiczne, nauki rolnicze i leśne, medycyna i farmacja, sport, turystyka, ekologia i turystyka”. Nie można nie wspomnieć, że elementarną wiedzę w dziedzinie nauk biologicznych uzyskałem dzięki lekcjom prowadzonym przez Profesor Wiśniewolską.
Tak się złożyło, że nauki humanistyczne nie miały większego wpływu na moją działalność zawodową. Odegrały jednak istotną rolę w moim życiu osobistym. W prywatnej bibliotece więcej miejsca zajmują dzieła z dziedziny historii, literatury, geografii, sztuki i innych pokrewnych dziedzin niż książki z zakresu chemii i nauk pokrewnych (te mam w bibliotece uniwersyteckiej) W księgozbiorze szczególne miejsce zajmuje „Historia literatury polskiej”profesora Krzyżanowskiego (wydanie drugie z roku 1964). Profesor Kamiński, dziwnym zrządzeniem losu,miał możność korzystania z pierwszego wydania tej książki, które ukazało się w roku 1939, tuż przed wybuchem wojny. Powiedział nam kiedyś, że profesor Krzyżanowski nie zdążył otrzymać nawet egzemplarzy autorskich swej książki; niemal cały nakład został zniszczony, zanim ukazał się na rynku. W czasach, gdy trudno było o dobre opracowania historii literatury, książka Krzyżanowskieg była znakomitym wprowadzeniem do historii polskiej literatury. Profesor Kamiński często dyktował ciekawsze fragmenty. Nie brakło przy tej okazji ciekawych odniesień do historii kultury, sztuki.
 
Cieszę się, że szkoła nie zapomina o swoich absolwentach. Więzy, jakie powstały między koleżankami i kolegami w latach szkolnych, były trudne do utrzymania. Większość osób wyjechała na studia do dużych miast. Rozproszyliśmy się po całej Polsce. Dlatego też jubileuszowe spotkania dają szanse tym nielicznym, którzy utrzymują kontakty ze sobą, ze szkołą. Kolejne lata i wydarzenia związały nas z innymi ludźmi, środowiskami.
Patrząc na lata swojej działalności zawodowej, która wypełniła poważną część mojego życia i doprowadziła do opublikowania ponad stu prac naukowo-badawczych w języku angielskim, policzyłem, że wśród osób prowadzących ze mną opisane badania mam kolegów z dziesięciu krajów (USA, Kanady, Francji, Szwajcarii, Włoch, Austrii, Danii, Węgier, Japonii, Chin). Jest jednak jedna praca szczególna, opublikowana w czasopiśmie amerykańskim, która na pewno nie powstałaby, gdyby nie pomoc docenta Stanisława Pytla, mego przyjaciela ze szkolnej ławy, przedwcześnie zmarłego pracownika Wydziału Weterynarii Akademii Rolniczej. Dzięki jego pomocy mogłem ustalić budowę proinsuliny żubra, symbolu troski Polaków o zachowanie dla potomnych skarbów naszej przyrody.
Miłym zaskoczeniem dla mnie i - jak sądzę - również dla drugiej strony, było odnalezienie w słowniku bibliograficznym „Współcześni uczeni polscy”, zamieszczającym bibliogramy pracowników naukowych posiadających tytuł naukowy profesora, nazwisk dwu kolegów z tej samej klasy: Henryka Banaszukai autora tego tekstu. Henio jest pracownikiem politechniki w Białymstoku. Spotkaliśmy się w ubiegłym roku po raz pierwszy od chwili ukończenia szkoły w Sokołowie. Może na spotkaniu poświęconym sześćdziesięcioleciu szkoły pojawi się jeszcze ktoś, kogo dawno nie widzieliśmy?
BIP RSS
 
CMS Toruń