ABSOLWENCI

Wspomnienie Janiny Kruszewskiej

Janina Kruszewska
matura 1952
 
 
                                                 Dwa świadectwa
 
 
Sześćdziesiąt lat - szmat czasu. Z dna szuflady wydobywam albumik z kilkoma zdjęciami, parę szkolnych świadectw. Odkurzam pamięć, przywołuję wspomnienia.
Dwa świadectwa - dwa światy w jednym życiu.
 
Na świadectwie z pierwszego półrocza ósmej klasy (1948-1949) same trójki, a piątki ze sprawowania i z religii. Na maturalnym (rok 1952) same czwórki i piątki. Cóż za zmiana! Ósma klasa była radośnie oczekiwana. W powojennej biedzie mało kto mógł pozwolić sobie na naukę u salezjanów, jedynym, jeszcze przedwojennym liceum, płatnym. Do państwowego przyjmowano wszystkich po szkole podstawowej. Nauczyciele - pan Olędzki, pan Gulik i inni - chodzili po domach i nakłaniali rodziców, by kształcili dzieci, rozpraszali obawy przed nowym, nieznanym. Grupa już zapisanych nakłaniała innych do wpisywania się na listę uczniów. Było nas ciągle za mało. Chcieliśmy się uczyć na lekarzy i inżynierów. Do sokołowskich uczniów dołączyli mieszkający w okolicznych wsiach. Niektórzy zamieszkali u rodzin, inni chodzili po kilka kilometrów do szkoły z Brzozowa, Czerwonki, Grochowa... Ci jednak szybko otrzymali miejsca w internatach (przy Długiej i przy Olszewskiego). Było już tłoczno. Niebawem przybyli ci od salezjanów, by zdawać małe i duże matury. Zamknięto bowiem ich legendarną szkołę. Po jakimś czasie przybyli uczniowie z liceum w Sterdyni, usunięci za „wrogie wyskoki”.
 
Jesienią, zimą można było wyjść z klasy tylko na co drugiej lub co trzeciej przerwie i spacerować parami, w kółko, po korytarzach. Klasy nie były koedukacyjne. Dziewczęta i chłopcy spotykali się tylko w czasie przerw (albo na wagarach...). Razem chodziliśmy na łyżwy, na narty. Łąki pięknie zamarzały, kusiły ośnieżone pola. Latem lekcje odbywały się niekiedy na trawce, w cieniu drzew.
 
Bolał brak harcerstwa. Wspominaliśmy drużyny zuchów, harcerzy, zbiórki, podchody, naszywki na rękawach, ogniska rozpalane w Zielonej nie zawsze jedną zapałką, śpiewy z druhną Hanką, z harcmistrzem Michałem Woźniakiem (który nie tylko śpiewał najpiękniej, ale wszystko wykonywał najlepiej). Mówiono coś o nowej organizacji. Jednakże zmian nie było.
 
Do Związku Młodzieży Polskiej wstąpiłam w roku 1950, w dziewiątej klasie. Zostałam przewodniczącą koła (każda klasa stanowiła osobne koło). Zaczęłam lepiej się uczyć. Największy wpływ na tą zmianę miała Katylina, łacinniczka, której nazwiska niestety nie pamiętam. Była także wychowawczynią internatu. Przekonała mnie, że zadania domowe należy wykonywać w domu, a nie na przerwach lekcyjnych. Znaczenie miała także postawa Profesora Wojtkowskiego. On pierwszy postawił moją pierwszą licealna piątkę z przedmiotu. Za co? Za mądrzenie się na lekcji o tym, co przeczytałam w jakiejś książce o Darwinie, o ewolucji. Z całą powagą rozmawiał ze mną o tym. Polecił inne książki do przeczytania i postawił piątkę! Pamiętam także pochwałę Profesor Olędzkiej za moje wypracowanie o widoku za oknem. Napisałam o płatkach śniegu i garbach losu noszonych przez ludzi. Błędy ortograficzne nie miały wielkiego znaczenia. Tworzyłam też gazetki szkolne.
Początkowo nauczyciele często się zmieniali. Wraz z tymi odmianami stawałam się pewniejsza siebie, pracowitsza, aktywniejsza, zakochana w książkach, które oprawiałam, katalogowałam u pani bibliotekarki. Wiele brałam do czytania. Nauka przychodziła mi z łatwością, była przyjemnością. Rosyjskiego uczyła Profesor Maria Wojtkowska. Wiele recytowaliśmy rosyjskiej poezji, śpiewaliśmy „Kalinkę”. Chodziliśmy na wycieczki do lasu, do sterdyńskiego parku z mężem Pani Wojtkowskiej, Panem Franciszkiem.
Pamiętam, gdy Profesor Wiśniewolska kazała porozumieć się w klasie mi i memu zetempowskiemu oponentowi (nie zastosowała szkolnych sankcji). Profesor Rybak tylko pozornie był niedostępny i taki poważny. Pomagał w biedzie. Dyrektor Gulik był wprost niezwykły. Pamiętam, gdy pomógł mi, rysując prostą prostopadłą, której sama nie mogłam wywołać z pamięci (jako że na matematyce, bywało, chodziłam na wagary). Dyrektor żartował: lepsze łyżwy od matematyki? Odpowiedziałam: „Narty Panie Dyrektorze”. Profesor Kurakowski wykładał literaturę, historię. Nie można było żartować, tylko notować, słuchać, czytać, opowiadać. Ten brak litości uzasadniał potrzebą przedsmaku studiów. Gdy przyłapał na nieprzygotowaniu jednej lekcji, egzaminował z kilkunastu, groził dwóją na półrocze, a nawet w klasie maturalnej. Przeszłam przez to, nie dałam się... Na maturze miałam piątkę. Profesor Kurakowski wielokrotnie pożyczał książki, których brakowało, nauczycielskie skrypty, opracowania.
 
Naszym dziełem jest skwer koło pomnika księdza Brzóski. Był tam uprzednio plac targowy, wypełniający się w czwartki furmankami, kramami.
 
Na szkolnych zabawach tańczyło się kujawiaki, krakowiaki, mazury. Śpiewaliśmy w chórze. Przepiękne solo wykonywał Henryk Wierzchowski. Tańczyliśmy nawet balet do pieśni o majowej, pachnącej jaśminem nocy Broniewskiego. Działaliśmy w Lidze Przyjaciół Żołnierza, w Kole Wiedzy o ZSRR, w PCK, SKS, w kółkach literackich. Było tez koło matematyczne, astronomiczne. Działały zespoły samopomocy koleżeńskiej.
 
Podczas egzaminu wstępnego na Wydział Filozoficzno-Dziennikarski na Uniwersytecie Warszawskim, poproszono, bym na wielkiej mapie wskazała państwa Paktu Północnoatlantyckiego. W mojej szkole map nie było... Mieliśmy tylko mały globus. Wyznałam to szczerze, a wyznanie nie przeszkodziło w tym, by otwarły się przede mną bramy uczelni...
 
 
Mieliśmy wielu nauczycieli, którzy w uczniu widzieli człowieka z jego potrzebami.
 

 

 

BIP RSS
 
CMS Toruń