ABSOLWENCI

Wspomnienie Lecha Kościeleckego

 

Lech Kościelecki
matura 1971
 
 
                                Zadana praca domowa
 
 
Nieoczekiwanie, trzydzieści siedem lat po opuszczeniu przeze mnie Sokołowa, zadzwoniła do mnie Danuta Nikiel. Od słowa do słowa wyjaśniło się, że dzwoni Danusia Matysiak - młodsza koleżanka, znana od przedszkola, z tej samej szkoły podstawowej (przy ulicy Polnej, potem przy Repkowskiej) i następnie z tego samego 51. Liceum przy ulicy Kupientyńskiej. Pamiętam Matysiakówny - trzy siostry, jak u Czechowa, a co jedna, to ładniejsza. Środkowa z nich zażądała (w tonie nieznoszącym sprzeciwu), bym napisał wspomnienie na zbliżający się zjazd absolwentów.
Do nieznajomej Nikiel ustawiłbym się pod wiatr, ale Dance Matysiak nie wypada odmówić. Pamiętam ją, podobnie jak inną, jasną gwiazdę liceum przy Kupientyńskiej - Marynię Dąbrowską, moją klasową koleżankę, przez którą musiałem rozwijać się intelektualnie, rywalizując o pierwszeństwo w języku polskim u Pana „Zyzia”, Profesora Kamińskiego. Osoba ta od trzydziestu paru lat nosi z godnością nazwisko Niepiekło, ale dla mnie zawsze pozostaje Marynią Dąbrowską.
Trzy dni po rozmowie z Danusią, zadzwonił Maciek Wąż (kolega jeszcze z tej samej grupy maluchów z przedszkola), z którym rozmawiałem dziesięć lat temu, podczas zjazdu. Powiedział, że Danka nakazała mu mobilizowanie mnie. Nie wiem doprawdy, jaką funkcję sprawuje Danusia w Sokołowie, ale wydaje mi się, że znaczącą.
Z Danusią i Maćkiem, młodszymi ode mnie chyba o rok, znam się od czasów przedszkola sióstr salezjanek przy ulicy Polnej. To było cudowne, ciepłe miejsce, w którym pierwszą, jakże znaczącą edukację, odebrało kilkaset sokołowskich dzieci, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku.
Cztery lata obfitowały w różne wesołe i smutne epizody; stanowią materiał na kilka telenowel z fabułą romantyczną.
 
Moje wspomnienia z lat 1967-1971 wiążą się przede wszystkim z wybitnymi, szlachetnymi, cudownymi pedagogami, ludźmi o niespotykanej, wszechstronnej wiedzy i wysokiej kulturze. Wymienię przede wszystkim naszego wychowawcę, nauczyciela matematyki, Pana Profesora Mieczysława Janusiewicza. Cztery lata jego pozytywistycznej pracy wychowawczej u podstaw, w dużej mierze ukształtowały postawy, zachowania w naszym późniejszym, dorosłym życiu. Poziom nauczania matematyki był wysoki. Nawet ja,
niezaliczający się do klasowych orłów matematycznych (jak Zdzisia Rozbicka i Władek Kraska ), podczas studiów w Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, nie miałem żadnych problemów i do dziś w miarę swobodnie obcuję z matematyką w obszarze finansów, bankowości i zarządzania, które wciąż stanowią jeden z moich sposobów na życie.
Niezapomnianym nauczycielem pozostaje wspomniany Pan Profesor „Zyzio” Kamiński, wielki humanista, który nauczył mnie kochać książki. Każda z jego lekcji była wydarzeniem. Nikt tak jak on nie potrafił wprowadzać w świat odrodzenia, romantyzmu, pozytywizmu czy Młodej Polski.
Nie spotyka się już dziś takich nauczycieli jak: Maria Wojtkowska (język rosyjski; prywatnie przyjaciółka mojej Mamy), Rozi Rozbicka (chemia; sąsiadka z ulicy Gałczyńskiego), Antonina Wiśniewolska (biologia), Franciszek Wojtkowski (geografia) czy Stanisław Rybak (fizyka) oraz wspaniały piewca Podlasia Paweł Kamiński (przysposobienie obronne). Mimo iż wielu z areopagu wybitnych, oddanych młodzieży i poświęcających jej wiele godzin osobistego czasu pedagogów odeszło już bezpowrotnie do lepszego ze światów, ich dokonania pozostały.
 
Rozproszyli się po świecie przyjaciele, koledzy z naszej klasy. Mój najbliższy przyjaciel z ogólniaka - Władek Kraska, z którym dzieliłem ławę szkolną przez cztery lata (trzecia, rząd przy ścianie) - rezyduje dziś pod Warszawą, jest szanowanym biznesmenem i obieżyświatem. Mieszkamy kilka kilometrów od siebie, jednak nie widzieliśmy się już dziesięć lat. Z Pawłem Ładą studiowałem w Poznaniu. Byliśmy w innych uczelniach: ja na Akademii Ekonomicznej, on na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Pracuje w administracji, w powiecie. Lesław Bindas jest wziętym adwokatem w Lublinie. Marian Mazur jest dziś bankowcem w Chile. Janka Byczuka (gdzie się podziały tamte prywatki w domu jej rodziców?) losy zawiodły do Australii, a Maciek Wojtowicz i Tadzio Konik nie żyją. O innych nie wiem, ale liczę na to, że nieoceniona Marynia Dąbrowska, która wie wszystko, dopowie mi resztę, gdy wreszcie znajdę chwilę czasu i wpadnę do Sokołowa.
Szczerze żałuję, że - z powodu wrześniowych wykładów za granicą - nie będę mógł uczestniczyć w zjeździe. Spotkałbym i zapewne bez trudu rozpoznał dawne koleżanki (a niektóre z nich były przyjaciółkami od serca). Nie mogę sobie wyobrazić w roli babć Ani Pieniak „Twiggy” czy Basi Lewczuk „Marlyn” (że o innych klasowych bóstwach nie wspomnę, zwłaszcza mieszkankach internatu przy ul. Długiej). Dziewczyny w naszej klasie miały w sobie to coś, co sprawiało, że klasa była wspaniała, a lata 1967-1971 zapamiętane zostaną jako niepowtarzalne.
 
 
Prof. dr hab. Lech Kościelecki
Ekspert Ekonomiki Bezpieczeństwa Państwa
Persident of European Bank of Innovative Ideas
Profesor Akademii Finansów i Akademii Obrony Narodowej
BIP RSS
 
CMS Toruń