ABSOLWENCI

Wspomnienie Zyty Brysacz-Karcz

 

Zyta Brysacz-Karcz
matura 1968
 
 
                                Powroty do miejsc i ludzi
 
 
Dom i szkoła - dwa miejsca, mój punkt odniesienia. Dom rodzinny
i dom stworzony w dorosłym życiu. Szkoła, w której zdobywałam wiedzę i szkoła, w której dzieliłam się wiedzą. Pierwsze są jak źródła, z których czerpię, do których się odwołuję, niewysychające, dzięki ludziom, którzy pozostawili w nich cząstkę swojego duchowego bogactwa. Przenikały i uzupełniały się w nich oddziaływania rodziców - moich pierwszych nauczycieli - i mądrość nauczycieli pochylających się nade mną z rodzicielską troską i uczących jak żyć.
 
Atmosferę rodzinnego domu podtrzymywał w szkole nasz wychowawca, Profesor Zygmunt Kamiński. Ze świadomością, iż więzi tworzą się między innymi przy stole zastawionym daniami przyprawionymi czułością i myślą o tych, którzy je będą spożywać, zapraszał do stołu nas i naszych rodziców. Każde spotkanie klasowe poprzedzone było przygotowaniami różnych potraw, smakołyków. Zadania przydzielane były uczniom i rodzicom. W domu siostry Irki Florczuk przyrządzana była sałatka warzywna. Z domu Włodka Langowskiego dochodził zapach pączków, a w domu Basi Sklepkowskiej piekły się przepyszne ptysie. Pamiętam lekcje sztuki kulinarnej, na których - z produktów przyniesionych przez wychowawcę - powstawały owocowe koktajle i drinki na bazie wermutu (tak!) . Pamiętam pachnące wanilią, przedświąteczne lekcje języka polskiego, na które naciągaliśmy Pana Profesora, prosząc o przepisy na ciasta, a nie o analizy literackie. Do tej pory najlepszym lekarstwem na przeziębienie, stosowanym w moim domu, jest napar z łodyg malin (według receptury mojej mamy) i cytryna z cukrem (środek zalecany przez naszego wychowawcę).
Rodzice włączali się do opieki nad nami podczas wycieczek i klasowych imprez. W niedziele sokołowiacy zapraszali mieszkańców internatu do swoich domów. Pamiętam długie spacery pod opieką Pana Michała Matysiaka, kończące się sesjami zdjęciowymi, w lasku przy bulwarze. Imprezy klasowe nie ograniczały się nigdy do tańców i spożywania maminych wypieków. Nieodłącznym ich elementem była część artystyczna, najczęściej w formie kupletów na temat klasy i szkoły. To było zadanie dla dziewcząt. Do dziś chodzą mi po głowie rymowanki: „ Irena z przejęciem, z lekkim drżeniem w głosie mówiła, że Lutra spalono na stosie”, „Nasz dyktator mody Wicio Błaszczykowy ma na wacie krawat, więc jest zawsze zdrowy”, „Barbara Wilkówna - niewiasta szałowa - wygląda codziennie jak sama Kim Nowak”...
Poczucie humoru nie było obce naszym nauczycielom. Pamiętam lekcję biologii, do której przygotowaliśmy planszę z tulipanem, by dać do zrozumienia Pani Profesor Antoninie Wiśniewolskiej, że nie należy psuć Dnia Kobiet odpytywaniem na oceny. A Pani Profesor, z charakterystycznym dla siebie spokojem, powiedziała: „ No to na początek przypomnimy sobie budowę i rozmnażanie roślin kwiatowych na przykładzie tulipana”. Odpowiadał oczywiście ochotnik i otrzymał piątkę. Poczucie humoru ujawniało każde spojrzenia Profesora Henryka Wiśniewolskiego. Nikt nie odczuwał stresu; nawet wtedy, gdy Pan Profesor, uśmiechając się pod wąsem, wstawiał cztery dwóje na jednej lekcji. Każdy uczeń wiedział, że gdy zasłuży, otrzyma cztery piątki z takim samym uśmiechem. Wiedzieliśmy też, że jak Pan Profesor się uprze, to znajdzie sposób na największego lenia i wydobędzie z niego motywację do nauki matematyki (na przykład poprzez systematyczne odpytywanie na każdej lekcji przez dwa miesiące). Jeśli leń sam się nie pozbiera, dostanie kolegę lub koleżankę z klasy za opiekuna, który będzie go „tarmosił” i ponosił częściową odpowiedzialność za efekty wspólnej pracy.
 
Pani Profesor Joanna Wierzbicka, nasza wychowawczyni w klasie ósmej, skutecznie tępiła niedźwiedzie przysługi. Dwóje z zakrętasem otrzymywali ci, którzy podpowiadali innym tak, by Pani Profesor słyszała ile sami mają z historii do powiedzenia. Nie było też taryfy ulgowej dla córki Pani Profesor, Magdy Wierzbickiej, która dołączyła do naszego grona w klasie dziewiątej. Wiedzę z historii przekazywała także Pani Profesor Barbara Wilkówna, osoba wymagająca, nauczycielka konsekwentna i bezkompromisowa. Imponowała kobiecym wdziękiem i elegancją ubioru. Efekty mojej historycznej edukacji weryfikowali po latach synowie, pochyleni nad zeszytem do historii, znalezionym na strychu babcinego domu. „Mamo, czy ty uczyłaś się w klasie humanistycznej?” - pytali. „Nie. Dlaczego pytacie?” - odpowiadałam. „Bo dostałaś tylko trzy z plusem za pracę, która jest napisana na przyzwoitym poziomie”. Poziom wiedzy potrafili ocenić, bo obaj interesowali się historią, a starszy uczył się wówczas w trzeciej klasie liceum o profilu humanistycznym. Dziękuję Pani Profesor za trójkę, dzięki której nie ucierpiał mój rodzicielski autorytet.
Odpowiedzialności za wspólne dobro, poszanowania dla pracy innych ludzi oraz konsekwencji w działaniu uczył Pan Dyrektor Józef Kurakowski. W latach naszej edukacji na Kupientyńskiej, po szkole chodziło się w niezmienianych butach. We wszystkich pomieszczeniach podłogi były czarne, wysmarowane jakąś substancją ułatwiająca utrzymywanie ich w czystości. Jedynie do auli, w której podłoga pomalowana była olejna farbą, należało wchodzić
w kapciach. Zlekceważenie tego polecenia skończyło się pewnego razu wyproszeniem naszej klasy (wraz z wychowawcą) z imprezy szkolnej i zamknięciem w sali lekcyjnej za karę. Pan Dyrektor osobiście sprawdzał czy na głowach uczennic znajdują się przepisowe berety (szkolnego prawa należało bezwzględnie przestrzegać). Inicjował akcje zmierzające do poprawienia warunków pracy, nauki, obejmujące całą społeczność szkolną. Pamiętam przenoszenie z miejsca na miejsce cegieł, przeznaczonych na budowę sali gimnastycznej, sadzenie drzewek przy szkole, przygotowywanie i wystawianie spektakli, z których dochód przeznaczany był na budowę sali. Nie wszystkim klasom udawało się doprowadzić sztukę do premiery; jednak świadomość, że jesteśmy za coś odpowiedzialni, integrowała nas wokół szkoły i jej spraw.
Podczas udanego przedstawienia, sztuki napisanej przez Profesora Pawła Kamińskiego, z podziwem i pewną zazdrością obserwowałam kreacje koleżanek i kolegów z jedenastej „b”, szczególnie aktorów wcielających się w role Marii i Piotra Curie,. Przedstawienia i występy szkolnego chóru, pod dyrekcją Profesora Józefa Piszczyka, odbywały się w sali widowiskowej miejskiego Domu Kultury. Szczerze podziwiałam Halinkę Lewandowską, akompaniującą chórowi na fortepianie.
Każdy mógł w szkole realizować swoje pasje , rozpoznawać talenty i predyspozycje. Uzupełnieniem wiedzy humanistycznej były liczne wycieczki do teatrów, muzeów i innych miejsc, w których eksponowana była sztuka, organizowane przez Pana Profesora Zygmunta Kamińskiego.
 
Lekcje religii odbywały się w salach katechetycznych kościoła salezjanów. Nasz rocznik zdawał pisemną maturę z religii, co odebraliśmy bez buntu, jako naturalną konsekwencję uczestniczenia w katechezie. Ocena znalazła się jedynie na świadectwie z religii, bo były to czasy katechizacji poza szkołą. Nikt nie utrudniał uczestniczenia w lekcjach religii. Nie przeszkadzano uczniom w praktykach religijnych. Mieszkańcy internatu mieli zawsze czas wolny w godzinach nabożeństw odprawianych dla młodzieży. Prawdziwą ucztą duchową była pielgrzymka maturzystów do Częstochowy. Pamiętam Drogę Krzyżową, odprawianą specjalnie dla nas, przy ośnieżonych stacjach Męki Pańskiej i kameralne nabożeństwa, na którym nie było nikogo prócz nas. Gdy w latach powrotu religii do szkół, zdarzyło mi się uczestniczyć w masowej pielgrzymce młodzieży, przeżyłam szok. To było zupełnie coś innego. Znak czasów, czy kontakt z ludźmi czującymi inaczej? Może przemawia przeze mnie sentyment, tęsknota za minionym?
 
Wspominam moją szkołę jako miejsce, w którym wszystko było konsekwencją mądrej organizacji pracy i troski o każdego ucznia. Tak zwyczajnie, bez sumowania sukcesów i wyliczania liczby laureatów konkursów różnej rangi.
 
Nie zagrałam Tatiany w „Eugeniuszu Onieginie”, ale wiem, że artystką można być wszędzie: w kuchni, przydomowym ogródku, w każdym miejscu pracy. Do tego, by w coś wkładać całą duszę i tworzyć dzieła na miarę możliwości człowieka, nie jest potrzebna scena, nie jest niezbędny poklask widowni. Wystarczy wiara w siebie i dobre myśli o tych, którzy będą nasze dzieła z pożytkiem wykorzystywać. Bo wszystko to, co z siebie damy, kiedyś do nas powróci; chociażby w formie dobrego słowa, szczerego podziękowania, jakie składam moim nauczycielom, wychowawcom oraz koleżankom i kolegom, z którymi miałam szczęście spędzić cztery lata w ławie szkolnej.
Tego nauczono mnie w domu i w szkole.
 
BIP RSS
 
CMS Toruń